- Artykuł został opublikowany w „Magazynie Solidarność” w grudniu 2025. Plik z materiałem można pobrać >>TUTAJ<<
- Autor: dr Piotr Brzeziński, historyk, doktor nauk humanistycznych, zastępca dyrektora Instytutu Dziedzictwa Solidarności w Gdańsku
Późnym wieczorem 12 grudnia 1981 roku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina dobiegły końca obrady Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”. Związkowcy, którzy zaczęli się rozchodzić, nie wiedzieli, że właśnie zaczął się stan wojenny.
Obrady Komisji Krajowej stanowiły dla Służby Bezpieczeństwa (SB) nie lada okazję, gdyż w przeddzień wprowadzenia stanu wojennego niemal całe kierownictwo Solidarności zgromadziło się w jednym miejscu. Wystarczyło otoczyć stocznię i aresztować delegatów. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych (MSW) od dawna przygotowywało plan zatrzymania kierownictwa związku. Operacji nadano kryptonim „Jodła”. Przygotowując się do jej realizacji, gdańska SB opracowała osobny plan aresztowania członków „krajówki”, któremu nadano kryptonim „Mewa”.
Na kilka godzin przed wprowadzeniem stanu wojennego założenia operacji „Mewa” zreferował swoim współpracownikom płk Sylwester Paszkiewicz. Plan miał dwa warianty. Wariant pierwszy zakładał przerwanie obrad Komisji Krajowej i atak na stocznię. Wariant drugi – odczekanie do końca posiedzenia i wyłapanie działaczy w domach i hotelach. Do realizacji „Mewy” skierowano ponad 1300 funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej (MO) i SB, co dawało proporcję aż 13 funkcjonariuszy MSW na jednego członka „krajówki”. Rozmach akcji mógł świadczyć o tym, że kierownictwo MSW spodziewało się oporu ze strony działaczy Solidarności. Zapewne dlatego płk Paszkiewicz nie odważył się zaatakować stoczni i zdecydował się na aresztowanie delegatów po zakończeniu obrad.
Solidarnościowi delegaci zakwaterowani byli w dwóch hotelach. 13 osób nocowało w gdańskim hotelu Monopol, a 95 – w sopockim Grand Hotelu.
Akcję w Monopolu rozpoczęto około godziny 2.00 i trwała ona do godziny 3.15. Zatrzymano między innymi wiceprzewodniczącego Komisji Krajowej Stanisława Wądołowskiego.
Jednocześnie wydzielone grupy funkcjonariuszy MSW wyłapywały w domach miejscowych działaczy Solidarności. Wśród zatrzymanych znalazł się przewodniczący związku Lech Wałęsa, którego początkowo nie internowano, lecz wywieziono do Warszawy pod pretekstem rozmów z przedstawicielami władz PRL. We własnym mieszkaniu aresztowano też Andrzeja Gwiazdę i jego żonę Joannę Dudę-Gwiazdę.
Aresztowania w sopockim Grand Hotelu były największą akcją przeprowadzoną przez MSW tej nocy. W operacji wzięło udział co najmniej 948 funkcjonariuszy MO i SB.
Jak wspominał Krzysztof Czabański: „Widok z okna na plażę nie był zachęcający: łokieć przy łokciu stali milicjanci uzbrojeni po zęby, w hełmach i z wielkimi tarczami”. Lech Dymarski dodawał: „Wróciłem do baru, gdzie była jeszcze grupa naszych, i zanim zdążyłem potwierdzić informację na ucho Tadeuszowi Mazowieckiemu (który wpierw zareagował słowami: «Co pan powie… a dużo ich jest?»), siedząca przy barze nocna niewiasta przestała chichotać, wypuściła kieliszek z okrzykiem: «O Jezu!» i uciekła. W ciągu minut na sali została tylko «Solidarność» – nocny element rutynowo zbiegł. W tym czasie powoli, nierówno wygasała orkiestra, ale po krótkim czasie jej trzeźwy lider zarządził: «Grać, jakby się nic nie stało!»”.
Funkcjonariusze MSW znali rozkład pomieszczeń i wiedzieli, kto gdzie był zakwaterowany. Jak wspominał Tadeusz Mazowiecki: „Po trzeciej nastąpiło krótkie ostre pukanie w drzwi pokoju i bez czekania na odpowiedź – wejście. Nie umiem już odtworzyć sobie, ilu ich było. W każdym razie w pokoju zaroiło się od umundurowanych, uzbrojonych ludzi, którzy objęli nas kołem i otoczyli. Zjawiło się też kilku cywilnych, z których jeden robił wrażenie wydającego polecenia. Wykonywane czynności wydawały się absurdalne i gdyby nie cała groza sytuacji, byłoby śmieszne: otwieranie szafy, szuflad, balkonu, zaglądanie pod łóżka. Padło nawet bodajże pytanie, czy nie ma ktoś broni”. Po ustaleniu personaliów esbecy i milicjanci zaczęli aresztowania.
„Założono mi kajdanki – dodawał Mazowiecki – a gruby, wysoki, barczysty milicjant wziął moją torbę i lekko jakby za rękę mnie podtrzymując, skierował na korytarz ku wyjściu. Tu stali jeden przy drugim uzbrojeni w hełmy wraz z zasłonami, pałki i broń. Im bliżej schodów, tym było ich coraz więcej, coraz gęściej. Szedłem tym szpalerem równo i spokojnie, czułem na sobie ich wzrok. Na dole drzwi «Grand Hotelu» były otwarte; za nimi jako przedłużenie szpaleru, którym mnie prowadzono, widać było zbitych w gromadę, jeden przy drugim, ludzi w hełmach, pośrodku zostawiona droga wolna”. Aresztowanych poprowadzono do samochodów i przewieziono do komendy MO przy ulicy Kurkowej. Tam umieszczono ich w piwnicy.
Jak wspominał Henryk Wujec: „Siedzieliśmy pod ścianami ponurzy, nie wiedząc, co się stanie. W którymś momencie przeszył mnie dreszcz: zobaczyłem sprowadzanego, skutego Mazowieckiego. To przekraczało moją wyobraźnię, wielokrotnie byliśmy zatrzymywani, wsadzani na tak zwane dołki, skuci – wiadomo ekstrema, ale Mazowiecki! To prawie tak, jakbym zobaczył Prymasa w kajdankach”.
Nocne aresztowanie było dla wielu internowanych traumą, której towarzyszył lęk o własne życie. Jak wspominał Arkadiusz Rybicki: „Starsi działacze «Solidarności» snuli przypuszczenia: – Do Rosji nas wywiozą! Ktoś próbował przez szparę w wywietrzniku na dachu ciężarówki odczytać kierunek na podstawie położenia gwiazd. Stanęliśmy w lesie. – Będą nas rozwalać! – rozległ się głos. Wtedy w pełni dotarło do mnie, w jakiej jesteśmy sytuacji. Ale samochody ruszyły w drogę. Przypominając sobie lektury opisujące okupację, poszukałem kartki papieru i długopisu. Napisałem: «Dnia 12 grudnia 1981 roku następujące osoby zostały aresztowane i wywiezione w nieznanym kierunku», po czym następowała lista imion i nazwisk. Po ciemku pisanie szło opornie i trwało długo. Robienie listy, wyczytywanie nazwisk wzmagało uczucie niepokoju wśród siedzących w więźniarce. Ustaliliśmy, że jak będą nas prowadzić na rozwałkę, ja postaram się wyrzucić gdzieś zwinięty w kulkę papier, na pewno ktoś kiedyś znajdzie listę nazwisk…”. Wbrew tym obawom ciężarówka zawiozła zatrzymanych działaczy do obozu dla internowanych w Strzebielinku koło Wejherowa.
Jakie były rezultaty nocnej obławy? W zachowanych dokumentach są rozbieżności. Z oficjalnego podsumowania operacji „Mewa” wynika, że aresztowano tylko 37 osób spośród 114 figurujących w wykazie osób przeznaczonych do internowania. Inne raporty wspominają zaś o 52 zatrzymanych, spośród których zwolniono 10, a 42 internowano. Obławę na członków „krajówki” trudno zatem uznać za wielkie zwycięstwo MSW.
Do końca 1981 roku aresztowania uniknęło 27 członków Komisji Krajowej. Na wolności przebywało więc przeszło 25 proc. składu osobowego kierownictwa Solidarności.
Wśród ukrywających się działaczy znalazło się kilku członków prezydium Komisji Krajowej (Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Andrzej Konarski, Mirosław Krupiński, Eugeniusz Szumiejko, Jan Waszkiewicz). Aresztowania uniknęli przede wszystkim ci, którzy nocą z 12 na 13 grudnia 1981 roku zrezygnowali z noclegu w trójmiejskich hotelach. Część z nich w ostatniej chwili dowiedziała się o szykującej się obławie. Zbigniew Bujak i Władysław Frasyniuk nie wrócili do Grand Hotelu. Z kolei Eugeniusz Szumiejko i Andrzej Konarski wymknęli się z kotła zastawionego pod Monopolem. Zbigniew Romaszewski do godziny 5.00 przebywał na dworcu w Gdyni, potem wsiadł do pociągu jadącego do Warszawy. Wyskoczył niego tuż przed Warszawą. Z obławy pod stocznią wymknął się też Bogdan Lis, który – nierozpoznany przez funkcjonariuszy ZOMO – przeszedł spokojnie obok milicyjnego patrolu.
Ogółem w okresie stanu wojennego na terenie województwa gdańskiego z powodów politycznych internowano co najmniej 373 działaczy. W skali całego kraju MSW zatrzymało natomiast około 10 tysięcy osób.
